Nocna wyprawa

- Ostrożnie, panie, to już niedaleko - szepnął Abiszaj do tego, który szedł przed nim. Tamten zwolnił nieco kroku, ale jego ruchy były nadal zdecydowane. Nie bał się. Abiszaj też się nie bał, ale zastanawiała go ta nocna wyprawa - bez broni, bez pomocy. Już od dwóch godzin przemierzali pagórki i doliny, wypatrując straży. Nie spotkali jednak nikogo, a do obozu było coraz bliżej. Od jakiegoś czasu widać było wzgórze, które wydawało się spokojne, jednak kryło w zaroślach zbrojnych ludzi.
"Dlaczego tam idziemy?" myślał Abiszaj. "Co mój pan chce zobaczyć? Wiadomo przecież, że jest ścigany. Może chce zobaczyć króla? Upewnić się, że ciągle pała nienawiścią? Może ma nadzieję na pojednanie? To raczej niemożliwe."
Podeszli pod wzgórze, ale nikt się nie pojawiał. Skradając się, zobaczyli wreszcie spokojne namioty. Między nimi dogasały resztki ognisk. Widocznie król czuł się pewnie. Widział, że nikt nie podniesie ręki na niego, bo jest Pomazańcem Pana. Abiszaj, krocząc za towarzyszem, dostrzegł na ziemi śpiące postacie. Na wzgórzu niewyraźnie jaśniał w ciemności większy i okazalszy namiot. Podeszli do niego. Dookoła rozpościerał się obóz - trzy tysiące rycerzy. Wszyscy spali.
Wśród najlepszych, drogich szat krytych złotem, spał król. Wokół leżały jego drogocenne przedmioty, naczynia, zbroja i broń, wśród nich miecz i włócznia.
Szybka myśl przebiegła przez umysł Abiszaja. W zasadzie nie musiał się wiele zastanawiać, widząc bezbronnego, śmiertelnego wroga. To tylko mgnienie oka dla wyćwiczonego żołnierza - już złapał za włócznię, już miał uderzyć. Podniósł wzrok:
- Panie, pozwól mi zadać cios. Ta okazja to znak od Boga. Już teraz mogą skończyć się twoje kłopoty.
Odpowiedzią był szybki błysk w oku Dawida.
- Nie pozwalam! Nic nas nie usprawiedliwia! Ten człowiek otrzymał tytuł Pomazańca Bożego. Bylibyśmy godni kary!
Abiszaj posłuchał, choć nie był przekonany. "Dlaczego udało nam się dotrzeć aż tutaj, w sam środek obozu? Jak można marnować taką szansę? Czy to nie znak? Czy warto znów uciekać, ukrywać się jak złoczyńcy, skoro teraz możemy z tym skończyć?"
Już miał odłożyć włócznię, gdy Dawid, patrząc na Saula, skinął ręką.
- Weź włócznię. I jeszcze bukłak na wodę. Idziemy.
Minęli spokojne namioty, zostawili z tyłu wzgórze. Szli w ciemnościach skrajem stepu, a w zasadzie pustyni. Abiszaj z tyłu, niósł piękną, zdobioną włócznię króla i bukłak oprawiony drogimi kamieniami. Znał swego pana, i pomimo ciemności i marszu zauważył, że jest jakby zamyślony. Wtem Dawid powiedział, ni to do siebie, ni do swojego towarzysza:
- Niech go zabije sam Bóg, albo niech nadejdzie jego dzień i sam umrze. Może pójdzie na wojnę i nie wróci. Ale niech mnie Bóg broni podnieść na niego rękę!
Abiszaj nie wiedział, co myśleć. Jednego był pewien - to Bóg zesłał na ich wrogów tak twardy sen. 

1 Sam. 26